Marcin Dymnicki – prezes TUI Poland. To on chce rządzić polskim rynkiem turystycznym

Prezes TUI walczy o pozycję lidera

W 2016 r. Marcin Dymnicki przejął od Marka Andryszaka stery touroperatora TUI Poland. Jego celem jest miejsce nr 1 pod względem przychodów na rynku usług turystycznych w Polsce.

Marcin Dymnicki ma 40 lat. W TUI Poland pracuje od 2009 r. Zaczynał od stanowiska dyrektora finansowego, potem przejmował kolejne obszary w firmie, aż do funkcji członka zarządu. W tym czasie tworzył zgrany duet z ówczesnym prezesem Markiem Andryszakiem. – Dobrze się uzupełniali. Andryszak przez całe swoje zawodowe życie jest związany z TUI. To świetny menadżer, lecz traktuje pewne rzeczy bardzo emocjonalnie. Marcin Dymnicki to jego przeciwieństwo. Zimny, nie okazuje emocji. Obaj jednak nie znoszą sprzeciwu – mówi nam osoba, która pracowała w TUI, kiedy prezesem był Andryszak.

Ze świata finansów do turystyki

Dymnicki w czasie studiów pewnie nie myślał, że zwiąże się z branżą turystyczną. Przed przejściem do TUI pracował w grupie Carlsberg. Kierował też działem controlingu w nieistniejącej już spółce Media Regionalne, która była wydawcą gazet lokalnych i serwisów internetowych. Od tamtej pory dziennikarzy raczej nie polubił. Kiedy tylko może unika konferencji, w zasadzie nie udziela wywiadów. Jeśli w mediach pojawiają się negatywne wzmianki o TUI, firma rzadko wydaje komunikaty. W rozmowach z bliskimi współpracownikami przyznaje, że dziennikarze nie są mu do niczego potrzebni. Wystarczy własny profil firmy na Facebooku, ewentualnie informacja na stronie internetowej. A o „klikających się materiałach” w serwisach internetowych za kilka dni nikt nie będzie pamiętał.

Wcześniej TUI prowadziło inną strategię. Firma zatrudniała rzecznika. Poza tym w mediach brylował Marek Andryszak. Rzadko odmawiał dziennikarzom wywiadów, na dodatek bardzo często komentował sytuację na rynku turystycznym. Do dziś wypowiada się w polskich serwisach branżowych. Teraz jako szef niemieckiego oddziału TUI.

Może dlatego podczas jednego z nielicznych w tym roku spotkań z dziennikarzami Marcin Dymnicki wystąpił właśnie z Markiem Andryszakiem. Obaj panowie podsumowali wyniki spółki z ostatnich 3 lat. Marcin Dymnicki opowiadał o swoich celach. Świętował też sukces, w tym roku TUI Poland obsłuży największą liczbę polskich klientów. Podczas spotkania widać było jednak, który z rozmówców jest bardziej doświadczony. Prezes TUI sprawiał wrażenie, że na spotkaniu nie czuje się do końca pewnie. Choć założył marynarkę, to na co dzień w pracy częściej można go spotkać w t-shircie. Złośliwi mówią, że pod tym względem idealnie dobrał sobie najbliższych współpracowników. – Jeśli ktoś na Domaniewskiej zobaczyłby prezesa TUI, wiceprezesa i dyrektora marketingu to nigdy nie przypuszczałby, że właśnie minął ludzi, którzy rządzą tak dużą firmą – mówi nam jeden z menadżerów konkurencyjnego biura.

Styl nieformalny preferował też Marek Andryszak, który często zamiast marynarki wybierał sweter lub zwykłą koszulkę. Do dziś w TUI krąży pewna anegdotka, którą podobno opowiadał Andryszak na jednym ze spotkań firmowych.

Ówczesny prezes TUI wchodzi do siedziby, w której mieszczą się tez inne firmy, z rowerem pod pachą. Zatrzymuje go ochroniarz, który mówi, że rower powinien zostawić na zewnątrz. Andryszak na to: proszę pana, ja tu jestem prezesem. Pan jest prezesem, tak… A czego? Naprawdę? Niezłe żarty Pan opowiada – roześmiał się ochroniarz. Najwidoczniej styl nie jest najważniejszy w osiągnięciu sukcesu w branży turystycznej.

Wewnętrzny PR

Mediów Dymnicki nie lubi, ale to nie znaczy, że nie chce przemawiać. Najchętniej robi to poprzez internet. Uwielbia mailową wysyłkę komunikatów do wszystkich swoich pracowników. Chce być słuchany. Wiadomości przesyła praktycznie codziennie. „Wbija szpilę” konkurencji, opowiada o branży, tłumaczy często sprawy, które średnio interesują sprzedawców wycieczek – np. odkupywanie miejsc w samolotach. W jednym z maili ocenia nowe kierunki wprowadzone w innych biurach podróży. Często ironizuje, ale potem chwali się sukcesami. Zależy mu, żeby pracownicy uznawali go za stratega. Po upadku Thomasa Cooka od razu przewiduje, że Neckermann zakończy działalność. – Nie sądze żeby dali radę – pisze do pracowników. 2 dni później Neckermann ogłasza upadłość.

Cenię sobie tak bliski kontakt prezesa z pracownikami. Sama komunikacja mailowa jest dobrym pomysłem. Natomiast uważam, że szef TUI wysyła te maile zbyt często, za bardzo skupia się na krytykowaniu konkurencji i omawianiu spraw, które nic nie wnoszą do naszej pracy. Coraz rzadziej to czytam, czasem „zalajkuje” wiadomość, żeby widział, że jesteśmy po drugiej stronie – mówi nam Marta. Pracuje w jednym z biur podróży. Zastrzega żeby nie podpisywać jej nazwiskiem.

W tym roku jeden z maili Marcina Dymnickiego wyciekł do internetu. Opublikowały go portale branżowe. Stało się to tuż po tym, kiedy polscy touroperatorzy poskarżyli się na TUI przewodniczącemu niemieckiej organizacji skupiającej touroperatorów i agentów turystycznych – odpowiedniku Polskiej Izby Turystycznej. Menadżerowie twierdzili, że firma pod kierownictwem Dymnickiego sprzedaje wycieczki w tak niskich cenach, że można je uznać za dumpingowe (poniżej kosztów). Prezes TUI podzielił się wówczas komentarzem z pracownikami.

Napisał w swoim stylu. – Lubię walczyć z konkurencją, wręcz uwielbiam, ale na sprzedaż, produkt, marketing, ceny itp., itd., a tu tylko w odpowiedzi na to, co robimy cios poniżej pasa. Po Itace i RB spodziewałem się więcej (po Piątku i Grecosie nie). A potem dodał – Jeśli konkurencja nas nie lubi, to znaczy, że dobrze robimy swoją robotę.

Nasz informator, który maila otrzymał, porównał go z wersją zamieszczoną w serwisach branżowych. Jeden fragment (krytyczny o mediach) został z niego usunięty. – Być może to dziennikarze sami go pominęli. Byłbym zdziwiony, gdyby chodziło o przeciek kontrolowany – tłumaczy.

Nie tylko wycieczki

Nasi rozmówcy przyznają zgodnie, że Marcin Dymnicki potrafi rozwijać firmę. Najpierw z Andryszakiem wypromowali kanał online, gdzie oferowali specjalny rabat dla klientów internetowych. Potem wprowadzili rewolucyjną usługę, polegającą na oddawaniu klientom pieniędzy. Jeśli ktoś zarezerwował wycieczkę z dużym wyprzedzeniem (tzw. First Minute), to w przypadku spadku ceny, otrzymywał zwrot. Pomysł szybko spodobał się klientom

Następnie Dymnicki już samodzielnie wykorzystał atuty punktów sprzedaży w centrach handlowych. TUI jako jedno z pierwszych biur podróży przyjęło na tak wielką skalę model popularny w niskosztowych liniach lotniczych i postawiło na usługi dodatkowe. Niższe ceny wycieczek przyciągaja klientów do biura. Ale mało kto wyjdzie z punktu sprzedaży z rezerwacją bez dodatkowego ubezpieczenia, rezerwacji miejsca w samolocie czy wycieczki fakultatywnej. Pensje pracowników poszły w górę, lecz ich system premiowy zależy od realizacji sprzedaży usług związanych z wyjazdem. Armia przeszkolonych pracowników zachwyca prezesa swoją skutecznością. Jednak nie wszystkim podoba się to, że specjalista ds. turystyki z doradcy wakacyjnego przekształcił się w „rasowego sprzedawcę”.

Podróże od zawsze były moją największą pasją. Kiedy zostałam zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną do Tui – czułam się tak jakbym wygrała los na loterii. Kiedy zorientowałam się, że robię rzeczy budzące moją niechęć (jak wydzwanianie do jednych i tych samych klientów z propozycją rozszerzenia ubezpieczenia/zakupu miejsca w samolocie czy też wciskaniu klientów w gorsze hotele, żeby tylko dopisać mu wszystkie dodatki), które powodowały, że wstydziłam się przed samą sobą, powiedziałam STOP. Odeszłam – pisze użytkowniczka ExKorposzczur w serwisie Gowork.

– Plany są indywidualne, a sama sprzedaż wycieczek kompletnie się nie liczy – żeby dostać premię do każdego wyjazdu należy upchnąć ubezpieczenia, rozszerzenie all inclusive, wycieczki fakultatywne, tui cars, gwarancje niezmienności ceny, rezerwacje miejsc w samolocie, promocję najtaniej w first minute itp. – dodaje inny użytkownik w tym samym serwisie.

Branża się przygląda

Marcin Dymnicki jest ambitną osobą. Konkurenci na razie przyglądają się pomysłom prezesa TUI, który podejmuje bardzo odważne decyzje. Pod koniec 2018 r. Dymnicki wycofał ofertę z należącego do Wirtualnej Polski serwisu wakacje.pl. TUI wykorzystuje też zupełnie inne formy reklamowe niż pozostali touroperatorzy. Rzadko emituje spoty w telewizji, nie wywiesza w miastach banerów, większość środków marketingowych przeznacza na reklamę w sieci.

W internecie biuro nie ma jednak najlepszej „prasy”. Klienci zamieszczają wiele negatywnych opinii o TUI. – Większość wpisów jest prawdziwych, natomiast nie zawsze winny jest polski oddział. Np. jeśli chodzi o rezydentów – tłumaczy Marta, która pracuje w jednym z biur. Zapewne prezes touroperatora szuka już jakiegoś rozwiązania, które poprawi wizerunek firmy. I niedługo zakomunikuje je swoim pracownikom. Oczywiście w wiadomości mailowej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here